Są takie dni, kiedy prognozy nie zachęcają, a niebo jest mlecznoszare. Tak było podczas mojego zimowego wejścia na Wielką Sowę – najwyższy szczyt Gór Sowich.
Już od pierwszych metrów było wiadomo, że to będzie wyjątkowy spacer. Szeroka droga leśna przykryta była równą warstwą śniegu. Drzewa – zarówno świerki, jak i pojedyncze buki – uginały się pod ciężarem białego puchu.
Panowała niemal całkowita cisza. Śnieg tłumił dźwięki, a jedyne, co było słychać, to rytmiczne skrzypienie pod butami i delikatny szum wiatru w koronach drzew.
Ten odcinek jest łagodny nachyleniem – idealny na rozgrzewkę. Zimą jednak warto mieć raczki, bo ubity śnieg potrafi zamienić się w lodową taflę.
W okolicach wierzchołka ośnieżone świerki tworzyły bajkową scenerię – jakby ktoś oprószył cały las cukrem pudrem. Przy dobrej pogodzie z wieży widokowej na szczycie można podziwiać panoramę Sudetów, ale tym razem widoczność była ograniczona przez mgłę i chmury. Wiatr był bardzo silny, przez co nie dało się na szczycie wieży zostać dłużej niż kilka minut.
Z Wielskiej Sowy udaliśmy się do schroniska Orzeł. Ten fragment trasy do schroniska jest bardziej urozmaicony – pojawiają się delikatne podejścia i zejścia, a las momentami staje się gęstszy. W zimowej scenerii wygląda to niemal jak skandynawska tundra. Samo schronisko jest bardzo miło urządzone, a i ceny, czy to jedzenia, czy też kawy lub piwa, nie zwalają z nóg. Ja polecam wziąć lokalne piwa rzemieślnicze oraz spróbować pierogów ruskich z surówką.
Wracając możemy minąć zamknięte schronisko Sowa – stoi ono puste informując, od dobrych kilku lat, że jest remontowane. Dalej, idąc w stronę miejsca startu, na jednej z polan stoi niewielka wiata z ławami. Idealne miejsce na przystanek. Termos z herbatą, kilka minut bez plecaka, cisza tak głęboka, że aż dźwięczy w uszach.
Zapraszam do oglądania kilkunastu zdjęć z tej wycieczki.




















